bajki budynia

piątek, marca 10, 2006

mała, smutna królewna

Ach, i po co to wszystko – prawdziwie zmartwiona westchnęła mała królewna. Włączyła głośno swoją ulubioną piosenkę, której słuchała ciągle, bo cierpiała na nieuleczalny autyzm muzyczny. Miała więcej niż osiem lat i nawet więcej niż 10, Natalia Kukulska już dawno przestała być dzieckiem, ale dla niej wciąż była nim, tak więc cały dwór znowu musiał słuchać piosenki o „małej smutnej królewnie”

Mała, smutna królewna
Której rozbawić nigdy nie mógł nikt,
Mała, smutna królewna,
Której od dawna uśmiech z buzi znikł

Była to jej piosenka na dekadenckie nastroje i zawsze słuchała jej tylko do połowy, bo szczęśliwe zakończenia zdecydowanie jej nie cieszyły. Zresztą i tak głęboko wątpiła w istnienie królewicza, z którym mogłaby wziąć ślub. Nie to, że była markotna i wybredna. A nawet nie to, że popadała w stany egzystencjalnej zadumy, poczucia bezsensu istnienia i inne takie różne, że ojciec jej nie kocha i nie czuje się odpowiedzialna, żeby kierować narodem. Wolałaby mieć rodzeństwo, na które mogłaby zrzucić ten garb berła i korony. Ale co zrobić, ojciec był pracoholikiem i takie banały jak płodzenie większej ilości dzieci niż potrzeba, by zachować nazwisko i dać narodowi następcę tronu, nie interesowały go zupełnie.
Królewna leżała i patrzyła w sufit, a było to jej ulubione zajęcie. Nieżyczliwi mówili, że jest leniwa, a ona po prostu była stale zamyślona. Stroniła od innych dzieci w prywatnej szkole, dorosłych nie lubiła wcale. Siebie też nie do końca lubiła. Wiedziała, że wszyscy są dla niej mili, bo boją się gniewu króla. Złe rzeczy mówią po cichu, wmawiają, że świat jest piękny i potrzebny. Królewna po kryjomu marzyła o kimś, z kim mogłaby pójść na koniec tęczy.
Czasami wykradała się z pałacu, koronę chowała do szafy i przebrana w zwykłe ubrania szła szukać szczerych relacji. Dzieci grały w dwa ognie i zawsze było jakoś o nią za dużo, mogła co najwyżej siedzieć na ławce rezerwowych, podobnie było z innymi zabawami. Pewnego razu spotkała samotną dziewczynkę z latawcem. Podbiegła do niej zadowolona i spytała, czy pójdzie z nią na koniec tęczy. Ale dziewczynka odrzekła jej, że jest dobry wiatr i że nie interesują ją żadne nowe znajomości. Innym razem spotkała chłopca, który dłubał patykiem w psiej kupie. Ucieszyła się ogromnie, kiedy poszedł do domu po prowiant, bo mówił, że to jest dobry pomysł z tą tęczą. Ale okazało się zaraz, że jego mama jest nauczycielką fizyki i wyjaśniła mu, że na koniec tęczy iść się nie da. Gdyby jego rodzice wiedzieli, że grzebie patykiem w kupie, pewnie dostałby lanie. Bo jego rodzice mieli bardzo praktyczne podejście do życia, a on nigdy się nie buntował. Chłopiec wyzwał królewnę z okna, że jest głupia. A ona zrozumiała wreszcie, że życie królewny to nie bajka. Zamknęła się w wieży sama i postanowiła siedzieć tam do końca życia słuchając swojej ulubionej piosenki, nie wierząc już w nic i nie ufając nikomu.

poniedziałek, lutego 13, 2006

bulimiczka i detektyw

Na początku było tak, że zwyczajnie lubiła jeść. Wieczorem zasypiała myśląc o śniadaniu. Śniły jej się szwedzkie stoły i angielskie restauracje „eat as much as you like”, kluski szare, pierogi ruskie, naleśniki, makarony w sosie karbonara, ciągnące się po pizzy sery, majonez i keczup na zapiekankach. Aż miała ten najgorszy z koszmarów – uciekające góry jedzenia, jedzenie ucieka, ona biegnie i nie może go złapać, już prawie je dogania i się przewraca, krwawią jej kolana i łokcie, podnosi się, spogląda przed siebie, a jedzenie jest już daleko przed nią. Biegnie całą noc, dzień, tydzień, biegnie miesiąc, jest coraz bliżej, w końcu dopada ją głód tak wielki, że znajduje w sobie nowe siły, dogania jedzenie, zjada wszystko, co jej uciekało i pęka na drobne kawałki.
Po tym śnie długo nie mogła dojść do siebie. Nie była wcale gruba, ale słyszała od babci, że wygląda dobrze, co u babci oznaczało: ale przytyłaś, jeden z braci nazywał ją pieszczotliwie fałdą, a ojciec baleronem. Nie była typem anorektyczki, diety zdecydowanie jej nie interesowały, nie wspominając już o ćwiczeniach gimnastycznych.
I wtedy obejrzała ten program o bulimiczkach. To on ją zainspirował. Bo nagle okazało się, że można jeść i nie tyć. Co zjesz, to zwymiotujesz! Nic nie zalega w żołądku, można zjeść cały tort, a nie tylko kawałek! Trzy minuty, rach-ciach i pusto w środku! Nic nie dojdzie nawet do jelit! Co za wspaniały pomysł, że też wcześniej na to nie wpadła! Do supermarketu chodziła odtąd dumna z siebie i pełna dalekosiężnych planów na przyszłość. Najbardziej lubiła potrawy mączne, więc w wózku lądowały zazwyczaj różnego rodzaju makarony i kilogramy mąki pszennej, wrocławskiej. Jednego dnia wpadła z tego rodzaju ciężkimi zakupami do domu i oświadczyła, że znalazła życiową pasję – będzie gotować, smażyć, piec i generalnie spędzać czas w kuchni. Ojciec skomentował to prychnięciem, najmłodszy z braci przypomniał jej jak ostatnio chciała być mistrzynią olimpijską w biegach przełajowych i też jej nie wyszło, tylko mama uśmiechnęła się nieco może pobłażliwie, ale i tak dodała jej tym otuchy.
Odruch wymiotny początkowo wywoływała metodą dwóch palców prawej dłoni (wskazujący i środkowy), potem wywoływał się już samoistnie. Lubiła wymiotować w samotności. Niestety, gdy mieszka się z rodzicami i siódemką braci, niełatwo o samotność. Szybko zorientowała się, że woda puszczona w zlewie i pod prysznicem, świetnie izoluje fizjologiczne odgłosy wymiotowania.
Regularnie przyrządzała obiady dla całej rodziny, czasem nawet zapraszała sąsiadów i bezdomnych. Wcześniej gotowali bracia, każdy wybrał sobie jakiś dzień tygodnia. Ją interesowało tylko jedzenie, teraz wyganiała braci z kuchni, zamykała drzwi na klucz. Nikt się nie domyślał, że ta jej fascynacja kuchnią to nie żadna pasja, a jedynie dobrze przemyślana mistyfikacja.
Jednego dnia, na przykład, wyszperała z szafy starą książkę kucharską zatytułowaną oryginalnie: „Smaczne potrawy mączne”, podwinęła rękawy, ubrała fartuszek, losowo wybrała stronę 78 i wypadło na łazanki zapiekane z twarogiem i rodzynkami. Na szczęście kupiła 10 paczek rodzynek, dwie zjadła w międzyczasie po kryjomu, pięć zużyła do łazanek a trzy schowała w swoim pokoju, bo wiedziała, że w nocy najdzie ją zwierzęcy głód. Miała tam specjalne pudełko, w którym pod starymi zeszytami i listami od byłych chłopaków, gromadziła swoje zapasy. Gdy wszyscy spali, otwierała swoje pudełko i zapychała się do granic możliwości. Potem spędzała dużo czasu w łazience, przez co rano była niewyspana i miała podkrążone oczy. Z czasem zaczęło ją też boleć gardło, a od kwasu żołądkowego psuły się zęby.
Była typem zbieraczki, w czasach podstawówki gromadziła pudełka po zapałkach, zupełnie ignorując powiedzenie: dzieci + zapałki = pożar. Do tej pory nikt się nie domyślił, że to ona kilka lat temu podpaliła wszystkie pojemniki na makulaturę w okolicy. Na szczęście, zawsze w pobliżu pożaru, znajdował się jej kolega z klasy i to on wylądował w poprawczaku, niesłusznie posądzony o dziecięcą piromanię.
Nikogo (poza najmłodszym z braci, ale o tym za chwilę) specjalnie nie zdziwiło, gdy zaczęła kolekcjonować plastikowe miski, na dnie każdej z nich wypisując łacińskie sentencje. Najbardziej lubiła wymiotować do tej czerwonej, bo sentencja „Fames est optimus coquus”
[1] jakoś tak oczyszczała ją z grzechów, usprawiedliwiając jej skłonność do nałogów, w tym dzikie napady żarłoczności. Pochłonięta rozwałkowywaniem ciasta na łazanki, pierogi czy kluski zupełnie nie zauważała, że najmłodszy z braci obserwuje ją przez dziurkę od klucza.. Od jakiegoś czasu nie mógł też spać w nocy i dziwiło go, że jedyna jego siostra, skrada się na palcach, zamyka w łazience i puszcza wodę jednocześnie w zlewie i pod prysznicem. Wydało mu się to mocno podejrzane, a skłonność do podejrzeń nabył oglądając swój ulubiony serial dokumentalny: „Detektywi”. Obserwowanie sąsiadów już go nudziło, zresztą, po co obserwować sąsiadów, skoro we własnym domu dzieją się rzeczy, co najmniej, dziwaczne. No bo tak: siostra nagle zaczęła gotować na potęgę, a wcześniej mówiła, że gotowanie pozostawia licznie w tym domu zgromadzonej płci męskiej, podobnie zresztą jak i inne domowe obowiązki. Te miski, które wynosi do łazienki, i to, że zawsze kupuje więcej produktów niż zużywa. Czyli, że je zjada. Najbardziej jednak dziwiło go, że siostra pochłania takie ilości jedzenia i nie tyje. Nikt poza nim nie wiedział, że zawsze zjada dwa obiady, jeden podczas gotowania, drugi razem z rodziną. Zdecydowanie było to wszystko podejrzane.
Chociaż obserwowanie siostry przez dziurkę od klucza albo lornetkę z budynku naprzeciw doprowadził do perfekcji, tak naprawdę zrozumiał wszystko, gdy w książce, którą mu pożyczyła, znalazł jej wiersz:

Środki przeczyszczająco-moczopędne.
Bez nich umrę albo zwiędnę.
Dyskomfort w brzusznej jamie.
Uwierzcie mi, nie kłamię.
Życiowy nieporządek rozciąga mój żołądek.
Na raz, na dwa rzygam ja,
na dwa, na trzy rzygasz ty.

Być może było to jej wołanie o pomoc, może tylko chciała mieć pewność, że ktoś wie.
Siostra wymiotowała jeszcze jakieś dwa miesiące, potem obejrzała program o zawodniczkach sumo, polubiła siebie oraz swoje ciało i cieszyła się odtąd każdym kolejnym dniem.
Brat nie powiedział nikomu. Ale ta wiedza zmieniła całe jego życie. Nie został detektywem, tylko naukowcem. Doktorem biologii i chemii oraz dietetykiem-samoukiem. Stworzył genialną filozofię życia polegającą na czerpaniu energii z wnętrza własnego ciała. Jednak największą jego zasługą dla ludzkości były dietetyczne tabletki przeczyszczające na bazie ludzkich wymiotów.
[1] Głód jest najlepszym lekarzem

niedziela, stycznia 15, 2006

pks do bydgoszczy

Zapowietrzyła się nagle jakby chciała powiedzieć mu coś bardzo, bardzo ważnego. I nastał ten rodzaj męczącego milczenia, którego nie lubiła najmocniej. Taki, jak spotykasz w autobusie trzecioligowego znajomego z podstawówki i milczycie, bo naprawdę nie macie o czym rozmawiać A oni przecież znali się nie od wczoraj. PKS jechał wolno, wlókł się po prostu jakby chciał a nie mógł. Nic w sumie dziwnego, każdy wie, jakie w Polsce drogi. Ach, przynajmniej jest na co ponarzekać.
Spojrzała w lewo, potem w prawo i znowu w lewo wyobrażając sobie, jak rozjeżdża go wielka ciężarówka na szerokiej dwupasmowej jezdni. Ale on trzymał się raczej z dala od ulic i całego ruchu ulicznego. Zwykł wybierać miejsca spokojne i bezpieczne, zazwyczaj te o temperaturze pokojowej. Był z niego domator, domator wyjątkowo stacjonarny. I pomyśleć, że kiedyś jeździł na nartach! Kiedyś to w ogóle było inaczej.
Już, już miała przemówić głosem łagodnym, który cierpliwie ćwiczyła przez ostatnie dwa miesiące. Patrzyła mu prosto w twarz. Znała każdy jej szczegół. I pomyśleć, że kiedyś widziała błysk boży w jego oczach. Teraz tępo gapił się przed siebie.
Jedną ręką zaczął grzebać w przepastnej torbie. Długo i głęboko. W końcu wyciągnął kilka ładnie zawiniętych w biały papier śniadaniowy kanapek. Odwinął jedną, wbił w nią zęby i potem przeżuwał flegmatycznie poruszając żuchwą w lewo ruchem półkulistym.
I pomyśleć, że rano sama mu te kanapki przygotowała.

Wzrok tracił powoli wskutek dziedzicznej choroby, która miała dotyczyć tylko kobiet. Matka oślepła ostatecznie w wieku lat 50, babka 55, a prababka 60. Teraz miał niecałe 40 lat i nie widział już właściwie nic.. A podobno średnia traci wartość poznawczą dopiero przy zbyt dużych odchyleniach. Odchyleń nie zarejestrował, bo był zbyt leniwy.

Poza tym cierpiał na przewlekłe lumbago, katar i wodobrzusze na tle zaburzeń krążenia. Ostatnim jego nabytkiem była słuchoniemota. Nie mówił nic od kiedy tak się zdenerwował, że przygryzł sobie język, a potem zdenerwował się jeszcze bardziej aż uszkodził sobie ośrodek mowy w ośrodkowym układzie nerwowym.

Powinna była zostawić go już, kiedy pojawiło mu się wodobrzusze. Ale zaliczała się do kobiet, które kochają za bardzo. Fascynowała się też losami świętych i w głębi serca liczyła, że kiedyś zostanie beatyfikowana.

Ale od jakiegoś czasu miarowo coś w niej pękało, żeby wreszcie ostatecznie pęknąć – „Nie wiem, czy mnie słyszysz, czy na słuch też ci już padło, ale muszę to powiedzieć, bo dłużej nie wytrzymam: najbardziej bolą mnie twoje nic nie znaczące spojrzenia i pozbawione sensu milczenie”.

piątek, stycznia 06, 2006

2 mikołajów i zaklejone oko

Dzieci w przedszkolu miejskim w Toruniu długo czekały na Mikołaja. Bal gwiazdkowy był wydarzeniem mocno istotnym w życiu każdego przedszkolaka. Szeroko rozmawiano o tej imprezie już od końca listopada. Panie przedszkolanki uczyły piosenek i wierszyków. Dzieciom obiecywano wiele atrakcji. Bo to pewnie będą prezenty, cukierki i zdjęcia, bo będzie można powiedzieć coś na ucho Mikołajowi. Bo wtedy spełniają się życzenia.

Mikołaj o tym, że będzie Mikołajem dowiedział się od swojego kolegi fotografa mniej więcej tydzień przed wizytą w przedszkolu. Kostium był zeszłoroczny i wyglądał nadzwyczaj autentycznie. Biała broda, wąsy, brwi, wszystko ładnie umocowane i to nie tak sobie, od niechcenia, ale porządnie, specjalnym klejem. Dyrekcja przedszkola nie wierzyła w dziecięcą spostrzegawczość i nagle okazało się, że Mikołajów jest dwóch. Występowali wprawdzie jeden po drugim, bo pierwszy rozdawał prezenty, drugi pozował do zdjęć. Pierwszy był sztywny i nie umiał się zachować oraz odnaleźć. Głos miał piskliwy, a wzrost byle jaki, no i te wąsy, takie żółtawe i z waty. Przez to wszystko i inne temu podobne, Mikołaj nr 1 nie spotkał się z należytym szacunkiem, uwaga dzieci skupiła się raczej na jego wielkim worku z prezentami. Podczas gdy dzieci odwiązywały wstążeczki i zdejmowały kolorowe papiery w gwiazdki, Mikołaj nr 1 poszedł do domu, a w zamian pojawił się Mikołaj nr 2, o niebo lepszy i prawdziwszy. Poza tym w asyście fotografa, którego aparat i statyw budziły nie małe zainteresowanie. Pani dyrektorka przedszkola była jednak mocno nie zadowolona. Szturchała fotografa i marudziła pod nosem, że co to za aparat w ogóle jest i jak to zdjęcia na takim tle, a ten Mikołaj to skąd on taki i dlaczego no i po co. Wszystko przez to, że obiecała swojemu kuzynowi, że w tym roku on będzie robił zdjęcia, bo to przecież niezły interes.

W kącie siedział mały Pawełek z zaklejonym okiem. Opatrunek był umocowany tak, jak to czasem mają dzieci z zezem, żeby nie patrzyły na bok. Teraz zdjęcia miała grupa młodsza, on należał do zuchów, więc cierpliwie czekał na swoją kolej układając w głowie życzenia do Mikołaja. Był grzeczny przez cały rok. Zeza nie posiadał, tylko przewrócił się mocno niefortunnie. Oko pod bandażem nie wyglądało najlepiej, smarowane co rano grubą warstwą maści, bolało też niemało. Serce za to w pełni sprawnie biło mu z wrażenia w rytmie na dwa (puk-puk, puk-puk).
Przyszła wreszcie kolej na jego grupę. Już, już podnosił się z ławki, gdy nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, pani przedszkolanka zagrodziła mu drogę swoim wielkim cielskiem. Nie była osobą lubianą w gronie przedszkolaków, wzbudzała raczej strach i odrazę niż sympatię.
Do jednej z jej ulubionych zabaw należało wymyślanie coraz to nowych wierszyków o każdym z dzieci. Powtarzała je w nieskończoność, aż wszyscy nauczyli się na pamięć: ‘Agata nogą zamiata, Ola niech zmyka z przedszkola, Agnieszka na dworcu zamieszka, Ania po podłodze się słania’. Itd. Itp. Dokuczała zwłaszcza dziewczynkom, ale tym razem jej uwagę zwrócił mały Pawełek z zaklejonym okiem. Stanęła nad nim, zasłaniając cały świat a zwłaszcza Mikołaja i nad wyraz słodkim oraz miłym głosem przemówiła: ‘A ty dokąd młodzieńcze? Chyba nie myślisz, że z tym bandażem będziesz pozował do zdjęcia? Zdejmuj to natychmiast, albo zapomnij o Mikołaju, świętach i zdjęciach!’. ‘Aaale, ale kiedy ja nie mogę.. wybełkotał smutniejącym głosem Pawełek. ‘Naprawdę nie mogę, boli i mama nie pozwoliła zdejmować..’ ‘Mikołaj albo zdrowie, wybieraj – szydziła przedszkolanka’.
Przez głowę Pawełka przebiegały myśli jak renifery, że przecież był grzeczny, że Mikołaj podobno kocha wszystkie dzieci. Przedszkolanka ciągle stała nad nim i śmiała się do rozpuku śmiechem prosto z przepony. Tymczasem zdjęcia się skończyły, Mikołaj spakował się i poszedł na kolację a Pawełek mocno, mocno zapłakał aż spod bandaża wypłynęło mu oko i poturlało się pod nogi złej, złej przedszkolanki.

czwartek, grudnia 29, 2005

tors męski zwany belwederskim

Wcale nie dawno, dawno temu, wcale nie za górami i za lasami. Całkiem blisko, tutaj obok i prawie wczoraj żyła sobie dziewczynka – kadłubek.
Nie była to jej wina, że urodziła się bez górnych i dolnych kończyn, była to wina niczyja.
Urodziła się raczej bez większego sensu i raczej nie znała odpowiedzi na większość trudnych pytań.
Kiedy miała pięć lat umiała już dobrze mówić i czytać, bo nie musiała marnować czasu na naukę chodzenia. W poniedziałki rodzice zostawiali ją na ławce w parku, żeby patrzyła na psy i drzewa. Przez resztę tygodnia stała na półce udając posąg Apollonia Ateniese, bo jej ojciec interesował się żywo historią starożytną i bohaterami minionych czasów.
W jeden z cotygodniowych poniedziałków podszedł do niej gruby jamnik.
Dziewczynko, dlaczego ty nie masz rąk i nóg – zapytał – przeżuwając znalezioną w trawie mysz polną. Ale ja nie jestem żadną dziewczynką, jestem przecież Apollonio Atenise – odpowiedziała spokojnie. Jamnik nie rozumiejąc o czym mówi dziewczynka, pomerdał ogonem, bo poczuł się naprawdę głupi i nieoczytany. W pełnej dezorientacji powiedział już tylko, że może i jest tym, czym mówi, że jest, ale wygląda całkiem jak taka dziewczynka, która w telewizji reklamuje karmę dla kotów, tylko jakby ktoś jej odciął nożem ręce i nogi.

Dziewczynka nie oglądała telewizji, bo w tym pokoju, gdzie postawił ją ojciec, telewizora nie było. Zawsze sądziła, że jest posągiem Apollonia, który jej ojciec dostał od swojej klasy na zakończenie roku szkolnego. Ale od tamtego poniedziałku myślała już tylko o reklamie karmy dla kotów, bo w uszach brzęczały jej ciągle niewyraźne słowa grubego jamnika.

Nie chciała pytać rodziców, czy jest tą dziewczynką z reklamy i czy ktoś jej odciął nożem ręce i nogi. Oni tak mocno wierzyli, że jest posągiem. Po co mieliby się martwić i zastanawiać, czy ich córka grała może w reklamie karmy dla kotów, a potem ktoś jej odciął wszystkie kończyny.

Ale kiedy w czwartek po południu mama przyszła wytrzeć z niej kurz i zapytać czy zjadłaby na kolację bób gotowany, dziewczynka powiedziała, że nie jest głodna, ale chciałaby stać w pokoju z telewizorem. Mama zastanawiała się przez chwilę, czy na półce w pokoju z telewizorem jest miejsce, stwierdziła, że właściwie to może przestawić stary wazon i od soboty dziewczynka może tam już stać.

W piątek nie mogła jeść ani spać. Była już blisko odkrycia wielkiej tajemnicy swojego istnienia. W sobotę rano poprosiła o włączenie programu, gdzie jest najwięcej reklam. Rodzice długo nie musieli się zastanawiać, bo reklam jest wszędzie pełno, a są też programy, gdzie reklamy emitowane są przez całą dobę. Włączyli jej więc kanał 234 szanując pierwszą w życiu dziewczynki prośbę.

W skupieniu definitywnym obejrzała reklamę sosu o smaku czterech serów, który wystarczy zalać wodą, telefonu komórkowego, który ma w sobie suszarkę do włosów i odkurzacz oraz serialu Fitness Club z 1994, który można kupić na płytach w wersji obcojęzycznej.

Były też reklamy lalek, które mówią, samochodów, które jeżdżą oraz nowootwartego w Warszawie salonu fryzjerskiego dla psów i kina, w którym wyświetlają pół tysiąca filmów na raz.

Oglądała te wszystkie reklamy i już ją bolała głowa, bo dowiedziała się nagle, że wszystko na tym świecie jest najlepsze. Nie ma rzeczy gorszych ani zwykłych.

Bolały ją też oczy i uszy. Właściwie bolała ją każda część ciała, którą tylko posiadała.
Ale obiecała sobie, że poczeka jeszcze dwa dni na reklamę karmy dla kotów, o której opowiedział jej jamnik. Bo zauważyła, że chociaż jest tyle różnych rzeczy na świecie, reklamują ciągle te same. Świat znała tylko z parku i z opowieści ojca. W telewizji nie było więc ani jednej rzeczy, o której słyszałaby wcześniej.

Przez dwa dni i dwie noce nie spała w ogóle, patrząc bez przerwy w ekran telewizora. Słyszała, że rodzice martwią się o nią i rozmawiają o tym w kuchni.

Widziała już kilka reklam karmy dla kotów. Tę o smaku czekoladowym reklamował sam kot, a tę o smaku grzybów marynowanych w occie żyrafa ze słoniem. Ale w żadnej reklamie nie wystąpiła mała dziewczynka.

Świat stał się znowu prosty. W następnym tygodniu rodzice przenieśli dziewczynkę na balkon, żeby pooddychała świeżym powietrzem.

A ona była bardzo zadowolona, że jednak nie zagrała w żadnej reklamie i że nikt nie odciął jej rąk i nóg nożem.

wtorek, grudnia 27, 2005

5 nerek w Acapulco

Marcia miała dwie i pół nerki. Poza tym przeciętnie. Żołądek, wątroba, śledziona, serce oraz inne narządy wewnętrzne w liczbie prawidłowej. Ekscentryczność posiadania nadprogramowej połowy nerki przejawiała się umiejętnością dłuższego przechowywania moczu. Wystarczyło, że przykucnęła na moment, ukradkiem przyciskając piętą cewkę moczową. Mogła w ten sposób nie sikać dwa do trzech dni.

Raczej nie doceniała tego daru Boga. I nie miała pojęcia jak gigantyczny wpływ ów dar będzie miał na jej życie.

Rosła więc sobie raźnie, spokojnie przechodząc kolejne etapy rozwoju.
Aż nastał dzień jej 22 urodzin. Ten dzień miał rozpocząć ciąg niespodziewanych zdarzeń, które następnie miały uszczęśliwić ją doszczętnie powodując permanentny stan zadowolenia.

Poznańskie tramwaje lubiły się psuć. Jedna z teorii mówi, że władze miasta celowo zatrzymywały tramwaje, święcie ufając, że doprowadzą one do integracji współpasażerów i spowodują nowe inicjatywy społeczne. Z takich zepsutych tramwajów czasem nie można było się wydostać przez kilka dni. Szyby były niewybijalne i ani straż pożarna, ani policja nie kwapiły się do uwalniania pasażerów. Dopiero, gdy prezydent miasta osobiście zadecydował, że już dość, wystarczy, bo uwięzieni zaczynają słabnąć z głodu i innych fizjologicznych niedogodności, wysyłano specjalnie przeszkoloną w tym celu jednostkę policji, która po przepchnięciu się łokciami przez tłum gapiów, otwierała tramwaj metodą siłową.

Tego piątku Marcia spieszyła się na swoją imprezę urodzinową. I kiedy tramwaj stanął nieco przed rondem Kaponiera, natychmiast zrozumiała, że na imprezę nie dojedzie. Zamiast tego spędzi jakieś pół tygodnia na twardym tramwajowym krześle w pozycji siedząco-półleżącej. Na szczęście, nie należała do osób zadręczających się byle czym, ceniła nowe doświadczenia i miała kilka ciekawych pomysłów na spędzenie tego czasu. Usadowiła się więc, w miarę możliwości wygodnie, gdzieś po środku wagonu, wyciągnęła telefon i zakomunikowała znajomym, że mogą jej co najwyżej pomachać zza szyby, bo urodzin nie będzie. Wsadziła w uszy słuchawki i postanowiła przeczekać panikę innych pasażerów. Co niektórzy darli się wniebogłosy, przeklinając władze miasta, ale za jakiś czas miało już być spokojnie. Po jakiejś godzinie narzekań i bezowocnych prób wydostania się z tramwaju, ktoś wyciągnął wino, ktoś inny kanapki, ktoś zaczął grać na flecie, bo jechał akurat do szkoły muzycznej. Wszyscy zaczęli się sobie przedstawiać i mówić te mało istotne formułki: ‘Nazywam się Henryk i jestem piekarzem, bardzo mi miło’, ‘Ja, natomiast, nazywam się Anna i uczę geografii w szkole podstawowej nr 45 ‘, jak również szukać powiązań rodzinno-sąsiedzko-towarzyskich: ‘Ojej, a czy uczy pani mojego syna Maciusia z 4 b?’, ‘Chyba już pana gdzieś widziałam, tak to przecież pan jest mężem mojej mamy koleżanki z pracy’. Itd. Itp. Za jakiś czas skończyły się tematy powitalno-skojarzeniowe, przeszli więc do analizowania wahań temperatury powietrza podczas ostatniego tygodnia, potem zastanawiali się, co postanowi Małgosia z „M jak miłość”. Przy okazji pojawiły się już pierwsze wnioski, jak tu polepszyć życie mieszkańców Poznania. ‘W środkach komunikacji miejskiej powinny być telewizory!’- zakrzyknął ktoś z tyłu. Oczywiście od razu powołano sekretarza do spisywania wszystkich tych genialnych pomysłów. Powołano też moderatora dyskusji, a nawet wyznaczono koedukacyjne miejsce do wydalania. Dwie doby jakoś zleciały. Marcia postanowiła w końcu, że czas się rozejrzeć. Wszyscy z wyjątkiem jednego mężczyzny na samym końcu tramwaju, zaangażowani byli w dyskusję. A ten mężczyzna zaangażowany był w obserwowanie Marci. Nasza bohaterka nie należała do osób nieśmiałych asekuracyjnie wierzących w przeznaczenie. Wstała więc z impetem, podeszła do pana na końcu tramwaju, wyciągnęła piękną dłoń z paznokciami w kolorze purpurowym, uprzednio wyprostowawszy się z gracją. Mężczyzna wstał również, wyprostował się z gracją nie mniejszą i podał Marci pięknie wypielęgnowaną dłoń. Ona powiedziała ‘Mam na imię Marcia, ale mów do mnie Marcelina’, a on powiedział ‘Masz dwie i pół nerki, prawda?’ Na te słowa Marcia zapowietrzyła się, bo chciała coś odpowiedzieć, ale nagle zapomniała wszystkie słowa świata. ‘Czekałem na ciebie ponad pół życia. Jestem ginekologiem-połoznikiem i 22 lata temu wyciągałem cię z dróg rodnych twojej matki. Już po pierwszym USG wiedziałem, że cię kocham. Też mam 2,5 nerki. Zostań moją żoną’. Marcia powiedziała, że najpierw musi zobaczyć rentgen jego nerek, potem muszą się poznać, a dopiero potem podejmie decyzję o ewentualnym wejściu w stan małżeński. On powiedział, że oczywiście. Marcia nie zastanawiała się długo i już za miesiąc wzięli cichy ślub w Acapulco. Żyli długo, szczęśliwie i beztrosko, pamiętając, że w razie biedy i głodu mogą sprzedać dodatkową wspólną nerkę.

Ta historia posiada także morał: ‘jeśli masz dodatkowe narządy wewnętrzne, czekaj cierpliwie, bo nie masz ich dla hecy.’

czwartek, grudnia 22, 2005